środa, 26 czerwiec 2019 14:15

Gender dla opornych

Napisane przez Marek Rosiak

Sednem doktryny gender, w co trudno uwierzyć komuś, kto wcześniej o tym nie słyszał, jest opinia, że różnice płciowe nie mają obiektywnego, naturalnego charakteru, lecz zostały naszym protoplastom wmówione na drodze perswazji, po czym tak powstałe przekonanie utrwalono metodami społecznej praktyki, w szczególności nadając mu naukową sankcję.

Oczywiście, sami biolodzy, badający mechanizmy determinacji płciowej, nie byliby w stanie zdemaskować tych oszukańczych praktyk, których utrwalaniu służą jakoby ich badania. Na szczęście jednak znaleźli się światli przedstawiciele nauk humanistycznych, w szczególności nauki o literaturze którzy, wziąwszy to zadanie na siebie, pomyślnie je zrealizowali. W obliczu takiego stanowiska trudno nie wybuchnąć śmiechem albo – w zależności od temperamentu – nie wzruszyć ramionami. A jednak w murach licznych uczelni, także w naszym kraju, uprawia się z powodzeniem tę naukową hucpę, prowadząc studia, promując doktoraty, przeprowadzając przewody habilitacyjne, organizując „naukawe” konferencje, a wszystko to hojnie finansują kolejni ministrowie i ministry nauki i szkodnictwa wyższego.

Co to takiego i skąd się wzięło

Głównym źródłem genderowych rewelacji jest opublikowana na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku książka Gender Trouble amerykańskiej Żydówki i zarazem lesbijki, Judith Butler. Już sama jej warstwa językowa robi wybitnie bełkotliwe wrażenie, na co uskarżały się nawet życzliwe skądinąd pomysłom autorki czytelniczki. W przedmowie do kolejnego wydania swojej książki, Butler ustosunkowała się do tych zastrzeżeń, twierdząc że nieprzejrzystość warstwy językowej ma za zadanie zwrócić uwagę czytelnika na rewolucyjność treści jej dzieła. Brakuje tylko powołania się na przypowieść o młodym winie i starych bukłakach. Kabotynizm tego tłumaczenia nie wymaga chyba komentarza.

Że stosunek Butler do języka nie stanowi wśród genderystów przypadku izolowanego świadczy w szczególności tłumaczenie jej książki na język polski, jakie ukazało się w 2008 roku. Jego autorka, Karolina Krasuska, obeszła się z tłumaczonym tekstem wielce bezceremonialnie i to poczynając już od tytułu, któremu nadała brzmienie „Uwikłani w płeć”, co ma się nijak do zwrotu „gender trouble”. Tłumaczenie jej obfituje w takie translatorskie wybryki, a niektóre fragmenty oryginału, których nawet wyznawczyni gender nie była najwyraźniej w stanie pojąć, zostały przez nią w tłumaczeniu po prostu pominięte.

Precz z tożsamością

Nie koniec na tym: Kolejna (wy)znawczyni gender, Agnieszka Pantuchowicz, podjęła onegdaj próbę krytyki mojej recenzji tłumaczenia książki Butler, zarzucając mi fallocentryczne nastawienie, uniemożliwiające pojęcie tego, iż przekład nigdy nie będzie tożsamy z oryginałem. Co ma jedno do drugiego? Nie jest to przez Pantuchowicz wyjaśnione, ale wolno chyba się domyślać, iż jej zdaniem fallogocentryści (piewcy supremacji fallusa i logiki), okopawszy się w okopach Świętej Trójcy, czy raczej może schroniwszy za częstokołem z postawionych na sztorc fallusów, bronią tam zażarcie swojej tożsamości niczym pamiętny Dottore Santo Katzone (spolszczony jako Sante Kutasso) z Miasta kobiet Felliniego. Atakujące tę falliczną granicę waginoosoby przezornie powstrzymują się przed próbami jej fizycznego sforsowania, waginofalloidalne starcie może mieć bowiem różny wynik. Zamiast tego podjęły one próbę krytyki samego pojęcia tożsamości, odmawiając mu jakiegokolwiek odniesienia do rzeczywistości.

Krytyka pojęcia tożsamości nie jest niczym nowym w filozofii, próbowało jej wielu, a do najbardziej prominentnych z nich należeli, jak wiadomo, Heraklit i Hegel. Gdyby Pantuchowicz et consortes nie byli logikoodporni, zrozumieliby, że pojęcie różnicy, do którego ochoczo się odwołują, może mieć określony sens tylko łącznie z pojęciem tożsamości. Jedno bez drugiego funkcjonować nie może, czego Hegel i jemu podobni nie potrafią pojąć, choć logiczny ten związek ma przecież jawnie dialektyczny charakter: różnica to innobyt (Anderssein) tożsamości. Jeśliby coś, nie będąc tożsamym, różniło się nawet od samego siebie: x¹x, znaczyłoby to dokładnie tyle, że owo coś jest różne od siebie, a zatem tożsame z nie-sobą: x = -x.

Obawiam się jednak, że genderystki nie zaakceptowałyby tego tłumaczenia, wysuwając jeszcze bardziej fundamentalne zastrzeżenie, iż znak równości, czyli identyczności, samym swoim kształtem zdradza falliczną genezę, co dyskwalifikuje każdy „dyskurs” go zakładający. Innymi słowy – na ile mogę próbować wczuć się w tego rodzaju „różnomyślenie” – tożsamość staje się po prostu tabu. Tak oto, pod przykrywką wyzwolonego z logicznych więzów dyskursu o ukrytym nawet w przysłowiowej zupie z gwoździa – nomen omen – fallusie (co w nowy zupełnie sposób tłumaczy dlaczego zupa ta okazuje się de facto rosołem) kryje się radykalne tabu dotyczące logiki tego dyskursu. Akceptacja logiki okazuje się zgodą na akt penetracji waginodyskursu przez fallogos. Pozostaje kwestia, czy nie dałoby się może znaleźć pewnych pozycji, w których stosunek z logosem byłby jeszcze dopuszczalny. Z pewnością pozycja tradycyjnej dominacji logiki w wypowiedzi, którą przez łatwo uchwytną analogię można byłoby określić mianem pozycji misjonarskiej, nie mogłaby już dłużej zasługiwać na aprobatę. Ale być może konfiguracja, w której fallogos pozbawiony zostałby agresywnej dominacji, przyjmując pozycję podporządkowaną, mogłaby okazać się dla obu stron bardziej satysfakcjonująca.

 

Akceptacja logiki okazuje się zgodą na akt penetracji waginodyskursu przez fallogos. Pozostaje kwestia, czy nie dałoby się może znaleźć pewnych pozycji, w których stosunek z logosem byłby jeszcze dopuszczalny. Z pewnością pozycja tradycyjnej dominacji logiki w wypowiedzi, którą przez łatwo uchwytną analogię można byłoby określić mianem pozycji misjonarskiej, nie mogłaby już dłużej zasługiwać na aprobatę. Ale być może konfiguracja, w której fallogos pozbawiony zostałby agresywnej dominacji, przyjmując pozycję podporządkowaną, mogłaby okazać się dla obu stron bardziej satysfakcjonująca.

Kto by podejrzewał, że przesadnie akcentując seksualny kontekst rozważań Pantuchowicz o sztuce przekładu, demaskuję tylko swoją waginoagresywność, temu można uświadomić, iż naszej autorce nawet monarchizm (do którego akces nie wiedzieć czemu mi przypisuje), kojarzy się z aktem seksualnym. Według niej, ukoronowana głowa to zamaskowana figura penetrującego pochwę członka (!). A co z zębami, zazwyczaj wieńczącymi koronę, chciałoby się spytać. Czy nie chodzi tu więc raczej o akt fellatio? Nie sposób nie przypomnieć sobie przy tej okazji anegdoty o kimś, komu się wszystko kojarzy nieodparcie z jednym, jak i ludowej mądrości, że głodnemu (i głodnej) chleb na myśli.

Aby już dłużej nie pastwić się nad wywodami Pantuchowicz, wspomnę tylko na koniec, że swoją argumentacją trafia ona jak kulą w płot, nigdzie bowiem nie wysuwałem niedorzecznego żądania pełnej tożsamości przekładu i oryginału, a jedynie ich adekwacji.

 

cd w numerze

przycisk

Wyświetlony 1235 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.