środa, 26 czerwiec 2019 14:27

Korzyści z kulturowej kolonizacji

Napisał

Za nami parada tak zwanej równości w Warszawie pod patronatem stołecznego prezydenta-równiachy Rafała Trzaskowskiego – kolejny epokowy krok do uczynienia z Polski kulturowej kolonii krajów regularnie nas w obecnej dobie podbijających.

Problem LGBT, wydaje się wielce niedoszacowany przez polską katolicką prawicę, jej polityków, komentatorów oraz wielu działaczy. Partia rządząca, która za jeden ze swoich celów przyjęła ochronę rozumianych na sposób oświeceniowy praw człowieka i obywatela, przyjęła w tej kwestii pozycję ideowego rozkroku. Jej katolicko-konserwatywne skrzydło nie ma w niej większego wpływu na decyzje centrali, ale jego obecność w partii i bardziej zdecydowane deklaracje etyczne potrzebne są Jarosławowi Kaczyńskiemu. Używa ich skutecznie do sprawowania kontroli nad dość naiwną konserwatywną częścią elektoratu – najbardziej aktywizuje się więc tych polityków w okresie przedwyborczym. Elektorat zresztą wyuczony został już prostych formuł i od czterech lat jak zdarta płyta powtarza sobie i innym: „jeszcze nie jest dobra pora, by uderzyć w gender i LGBT”, „PiS jest jeszcze taki słaby i atakowany”, „no przecież nie chcemy nikogo dyskryminować” itd.

Niestety, także część prawicy, niezwiązana lub luźno związana z PiS, również lekceważy wielką (nie bójmy się tego słowa), choć miękką rewoltę, którą implementuje się obecnie Polsce przy udziale silnej woli politycznej i wielkich środków finansowych. Trudno się nawet tej abdykacji dziwić. Poważnemu i dojrzałemu człowiekowi trudno jest uwierzyć, że postulaty wnoszone przez kolejną postmodernistyczną mutację lewicy nie są kiepskim żartem lub chorym urojeniem grupy zinfantylizowanych dziwolągów. Trudno nie zrobić oczu jak pieniążki, gdy słyszy się nawoływanie do uznania męskich stosunków analnych za wynikające z natury, banialuki o tym, że, niezależnie od twardych praw biologii istnieje ponad pięćdziesiąt płci, czy żądanie przedefiniowania pojęcia małżeństwa na związek człowieka z czymkolwiek.

Sporo komentatorów uznaje ten temat za poboczny i patrzy nań jak na próbę wciągnięcia w dyskurs na poziomie szczeniackich bajdurzeń. Choć taki osąd jest jak najbardziej zgodny ze zdrowym rozsądkiem, ucieczka od zagadnienia stanowi poważny błąd. Takie mamy czasy, że konieczność zajęcia jasnego stanowiska w tej kwestii, a tym samym zniżenia się do poziomu przeciwnika (co nie może obyć się bez uszczerbku dla miłości własnej), jest paląca. Nie walczymy bowiem z jakąś grupą tzw. lewaków ze skłotu, ćpunami, którzy szprycują się codzienną wybuchową mieszanką środków odurzających, kontrkultury i końskich dawek komunałów, ale z potężniejącym z dnia na dzień lobby polityczno-ideologiczno-ekonomicznym, którego ogrom dzisiaj jest przytłaczający, a środki niezmierzone. Do tego lobbingu coraz bardziej otwarcie i odważnie przystępują wielkie korporacje handlowe i wytwórcze, finansjera i najpotężniejsi politycy. Na Zachodzie w zasadzie nie istnieje już jakikolwiek liczący się opór w tej kwestii. Konserwatyści – zwłaszcza ci o tradycjach protestanckich – dawno skapitulowali, co jest naturalną konsekwencją ich antykatolickiego, liberalnego rozdwojenia.

Nie walczymy z jakąś grupą tzw. lewaków ze skłotu, ćpunami, którzy szprycują się codzienną wybuchową mieszanką środków odurzających, kontrkultury i końskich dawek komunałów, ale z potężniejącym z dnia na dzień lobby polityczno-ideologiczno-ekonomicznym, którego ogrom dzisiaj jest przytłaczający, a środki niezmierzone.

Wsparcie jest potężne. Ostatnio w Polsce przybiera na sile, choć tak naprawdę autorzy tej rewolty nie potrzebują zbyt wiele, prócz nabytej w ciągu ubiegłego stulecia wiedzy z zakresu socjologii i behawioryzmu. Nauczyli się oni doskonale, że strumyk rebelii najlepiej rozprzestrzenia się, gdy wpada do młodych, rwących brzegi potoków. Najłatwiej wykorzystać wczesne stadium rozwoju człowieka, a konkretnie młodość i towarzyszący jej przyrodzony pęd ku emancypacji, wolności i poszukiwaniu własnych dróg oraz związaną z tym otwartość na eksperymenty i nowe autorytety.

Taka emancypacja i towarzysząca jej młoda energia, wyzwolona z naturalnych barier ochronnych, które zapewnia człowiekowi – w przeciwieństwie do zwierząt – rozum, może stać się niezwykle skutecznym nośnikiem dla najbardziej nawet bzdurnych i destrukcyjnych ideałów, sama w sobie stanowiąc potężną moc. Przy jej udziale w XX wieku dokonywały się najbardziej znaczące przemiany kulturowe. Weźmy choćby, tak dzisiaj naśladowaną, rewoltę dzieci kwiatów. Kto by pomyślał, że bojkotujące na masową skalę zakłady fryzjerskie dzieciaki wywrócą do góry nogami kulturę nie tylko Stanów Zjednoczonych, ale praktycznie całego globu. Jeśli chodzi o wojnę prowadzoną na nieco wyższym poziomie – młoda awangarda przez całe ubiegłe stulecie z coraz większą łatwością dominowała ustępujących, starszych i bardziej konserwatywnych artystów i filozofów, zwalczała skutecznie przeróżne środowiska, wychowywała całe pokolenia. Niejeden konserwatysta wydaje się zdziwiony powszechnością libertyńskich opinii wygłaszanych przez osobistości kultury i sztuki, aktorów i muzyków, redaktorów rozgłośni, członków pokolenia wyrosłego na upragnionych w latach komuny ideałach liberalno-wolnościowych, nie rozumiejąc wyżej opisanych procesów.

Na prawicy umiłowaliśmy dawno zakopane schematy, nie rozumiejąc, że nawet język, którym mówimy, przestał być rozumiany przez młody zrewolucjonizowany tłum. Semantyka to pierwszy poligon lewicowych liberałów spod znaku Szkoły Frankfurckiej i oni już wygrali tę bitwę. Prawica nie do końca zrozumiała, że walka idzie tu właśnie o język. Nie zauważa, gdy przeciwnik obraża i piętnuje ją terminami psychiatrycznymi typu homofobia (co z pewnością wymaga zdecydowanej sądowej reakcji), a jednocześnie tyle energii i uwagi poświęca zwalczaniu stawiania znaku równości pomiędzy homoseksualizmem a zboczeniem.

Brak nam racjonalnej analizy, ale nie namawiam do niej każdego, kto tylko poczuje się internetowym znawcą tematu. Raczej trzeba tutaj mobilizować katolickich ekspertów, wśród których nie brak tchórzy, konformistów i sybarytów. Dziwnym trafem cierpimy na masową absencję specjalistów, mimo że prywatnie wielokrotnie słyszymy ich opinie. W obawie o swoje kariery, czy życiowe wygody milczą ci, którzy mogliby stawić skuteczny opór samozwańczym lub czysto politycznym teoriom naukowym. Na palcach jednej ręki można policzyć osoby które nie chowają swoich uświęconych przez chrzest głów w piasek. Pytanie o to, ile z tej chrzcielnej wody wsiąkło w to podłoże, pozostawiam otwartą. Można do tematu podejść racjonalnie i z ostrożnością budować krok po kroku konserwatywne naukowe, ideologiczne i polityczne think-tanki. Przykładem przynajmniej połowicznie udanego projektu jest np. Instytut na rzecz kultury prawnej Ordo Iuris.

Jesteśmy prawdopodobnie świadkami jednej z poważniejszych wojen ideologicznych w dziejach ludzkości. I tak jak podczas działań wojennych, konieczne jest tu myślenie kolektywne. Dziwne jest, że nikt dotąd nie rzucił wojskowego rozkazu (dobrze by było usłyszeć go z ambony): kto nie potrafi lub nie ma możliwości zmobilizować się osobiście, niech płaci! Nie bądźmy naiwni – wojnę z LGBT, jak zresztą każdą inną, przesądzą ostatecznie nie wyrwane z kontekstu pomysły, zapał czy nawet sama modlitwa, ale realizm działań, do których należy również silny akcent położony na tzw. „wojnę o pieniądz”. Wiele zależy też od tego czy znajdą się ludzie na tyle kreatywni i uzdolnieni by wymyślić i wprowadzić w czyn skuteczne formy działania. Wiele zależy też od tego, czy wychowana na etosie romantyczno-mesjanistycznym prawica, zachowująca się często sekciarsko i nieracjonalnie, potrafi być zdyscyplinowanym, szanującym swoje autorytety, wojskiem.

Jesteśmy prawdopodobnie świadkami jednej z poważniejszych wojen ideologicznych w dziejach ludzkości. I tak jak podczas działań wojennych, konieczne jest tu myślenie kolektywne.

O kolonizacji

Dobrze by prawica zdała sobie sprawę, że zjawisko, z którym ma do czynienia, to nie kolejna egzotyczna anomalia, skutek starzenia się i wzbogacenia społeczeństw bananowej demokracji, ale element hybrydowego podboju w procesie podporządkowania małych krajów światowemu zarządowi. Świadczy o tym potężne zaangażowanie zachodnich sił politycznych, finansowych i kulturowych. Można zaobserwować, że to się dzieje, ale niewiele osób chyba umie poradzić sobie z pytaniem: po co to się dzieje?

Motywy jednak wydają się nader czytelne. Korzyści, które wypływają z zaszczepiania libertynizmu ukrytego pod maską ideologii multikulti, jest kilka. Pierwszą, która przychodzi na myśl, jest zasada divide et impera. Naród pozbawiony jednomyślności, maksymalnie zatomizowany, różnorodny we wszelkim możliwym zakresie, to naród, który nie potrafi zorganizować jakiegokolwiek oporu. Ten efekt liberalnego indywidualizmu jest permanentny i dotyczy również innych dziedzin. Na przykład zorganizowanie strajku powszechnego pracowników okazuje się w systemie liberalno-kapitalistycznym (co ma swoje złe i dobre strony) niełatwe. To, co leży w interesie jednych pracowników, godzi w pożytek innej grupy lub ich samych, jako konsumentów. Jest to więc ustrój, w którym władza z reguły nie potrzebuje użycia siły do stłumienia protestów. Wszystko byłoby doskonale, gdyby zakulisowy sprawca podziałów sam nie potrafił nimi zarządzać. Jak się jednak okazuje, istnieją protesty inspirowane lub wspierane przez samą władzę. Znajdzie ona wtedy odpowiednie kanały i możliwości, by protest przybrał odpowiednią moc. Ta, było w przypadku ostatniego dość powszechnego i paraliżującego strajku nauczycieli, czy tzw. czarnych protestów.

Hegemon, o którym mowa, to oczywiście nie nasz rząd, cokolwiek byśmy o nim myśleli. Faktyczną władzę w Polsce sprawuje obce lobby i z łatwością realizuje ono partykularne interesy, będąc zdolne do paraliżu państwa kolonizowanego. Wielkie pieniądze, które płyną z zagranicy na różnego rodzaju prowokacje – nazwane eufemistycznie antydyskryminacyjnymi, ale mające na celu doprowadzić do jeszcze większych podziałów, eskalacji skrajnych postaw dla urzeczywistnienia nowej dialektyki – wpisują się w ten scenariusz. Trzeba się zastanowić, jak maksymalnie zneutralizować i zablokować te środki. Możliwości choćby czysto politycznego przeciwdziałania kurczą się jednak w miarę rozdrobnienia i podziałów wewnętrznych.

Drugą sprzyjającą globalistom korzyścią z wdrażania planu seksualizacji i wspierania lobby LGBT, jest zasada panem et circenses. Zapewnienie w miarę możliwości permanentnego dostępu do używek o właściwościach uzależniających powoduje podniesienie poziomu zadowolenia z usług dilera wśród pasionej tymi dopalaczami trzody. Dilerem, również w tym wypadku, jest oczywiście światowy imperialista (ktokolwiek sytuuje się w tej roli).

Następną korzyścią jest upowszechnienie wrażenia uczestnictwa w niezwykle ważnym światowym wolontariacie. Działaniu na rzecz demokratycznego dobra najwyższego, czyli ustawicznemu dążeniu do osiągnięcia mitycznego, wręcz pełnego wyzwolenia (również od „przestarzałych” stosunków personalnych i społecznych, czy nadmiernej pruderii), nadaje się tu cechy zbiorowej misji.

Dla celów badawczych można to sobie wyobrazić na przykład jako wielką międzynarodową imprezę Jerzego Owsiaka (który nota bene, za realizowanie podobnego modelu na lokalną skalę był rozważany jako kandydat do nagrody Nobla). W tej globalnej orkiestrze mają grać już nie tylko obywatele jednego niewielkiego kraju, a całe narody. Nie wiem, co wyobrażał sobie Karol Marks, ale z całą pewnością opisywany aspekt misji liberalizmu, który zawiera w sobie również postulaty takie, jak ten dotyczący praw dla LGBT, jawi się jako rzeczywiste opium, którym karmi się kolonizowane narody, a w tym wypadku ich dusze i oszukane sumienia.

Działaniem niemal liturgicznym tej grupy wyznawców są akty niemoralne i prowokacje. Nadano im status dobra, ukazano jako łamanie mrocznego tabu, które blokują dostęp do czystej żywej miłości. Ostatnio mamy do czynienia z tym zjawiskiem również w Polsce. Jego przejawem jest np. maniackie zbiorowe profanowanie obrazu jasnogórskiego tzw. tęczową aureolą, która w tym kontekście pozostaje symbolem akceptacji (nazywanej tolerancją) zboczeń seksualnych.
Ten wymiar jest bardzo ciekawy – gdy rozpatrzy się jego podobieństwa z protestantyzmem. Bezczeszczenie miejsc kultu odbywało się zawsze w ramach zerwania ze sztywnym gorsetem religii na korzyść tzw. żywej relacji. Ciekawe jest to tym bardziej, że deklaratywnie wolnościowy protestantyzm kończył się zazwyczaj czymś na kształt państwa wyznaniowego Jana Kalwina w Genewie albo purytanizmu. Podobny jest również sam akt odczłowieczania przeciwników żywej wiary, którymi w tym i tamtym przypadku, dziwnym trafem byli katolicy. Prędzej czy później w krajach głoszących i propagujących LGBT spotka ich ten sam los, co np. podczas chwalebnej rewolucji. Te podobieństwa to nie czysty przypadek – protestantyzm jest ojcem i matką liberalizmu. Pośrednio również marksizmu, jako heglowskiej antytezy. Dzisiaj te dwa nurty tworzą syntezę.

Wracając do głównego wątku – sacrum wolnościowej misyjności, zaspokajające liberalne dusze, wraz z wcześniej wymienionymi profanum, czyli swobodnym z dostępem do używek cielesnych – stanowią swoistą somę naszych czasów:– lek powodujący nieprzerwane społeczne zadowolenie, stwarzający nieograniczone wręcz perspektywy sprawowania władzy i podboju. Tak przysposobione ofiary kolonizacji stają się jej entuzjastycznymi funkcjonariuszami. Z prawdziwym oddaniem powierzają swoje ciemnogrodzkie regiony wraz z ich bogactwami przedsiębiorstwami i bankami w piecze starszego i mądrzejszego Wielkiego Demokratora.

Ostatnią korzyścią, która przychodzi na myśl, jest demoralizacja sama w sobie, wykorzystywana, jako narzędzie pozyskiwania akolitów światopoglądowych. Według komunistycznego psychologa i prekursora masturbacji dzieci, Wilhelma Reicha, wczesna inicjacja seksualna poprzez związaną z nią deprawację prowadzić ma do zerwania z religijnością oraz wywodzącym się z niej patriarchalizmem. Szczególnie niewygodna dla kolonizatora w religijności katolickiej jest podległość konkurencyjnemu autorytetowi.

To, że watykański rząd dusz uwiera liberałów, możemy poznać po nieustannej dywersji, która spotyka Kościół z ich strony. Chodzi o ataki światopoglądowe, ośmieszanie, sianie wątpliwości, ze szczególnym naciskiem na podważenie dobrej opinii na temat kleru – czyli konkurencyjnego aparatu sprawowania władzy. Świadczą o tym choćby ostatnie produkcje filmowe, które pojawiły się w Polsce. Najpierw film fabularny, w którym obraz tytułowego kleru, nawet jako karykatura środowiska, nie wytrzymuje krytyki. Inną sprawą jest produkcja i publikacja w Internecie dokumentalnego śledztwa przeprowadzonego przez redaktora TVN, Tomasza Sekielskiego, który przedstawia Kościół jako głównego oskarżonego w procesie o ukrywanie pedofilii, co jest głębokim nadużyciem, zważywszy na to, że prawdziwym niepokojem napawają dane płynące ze środowisk LGBT, zwłaszcza w kontekście ukrywania prawdy o tych aktach poprzez zasłonę milczenia, spowodowaną zbiorową zmową poprawności politycznej. Ludzie, którzy próbują przytaczać dane, że ok. 40% aktów pedofilskich to akty homoseksualne, przy zaledwie 2% reprezentacji w społeczeństwie tej „orientacji”, są blokowani przez media społecznościowe i oskarżani o homofobię. Sekielski również milczy na ten temat. Nie ujawnia też porażających danych na temat samego Kościoła. Ogromna większość bezeceństw (80-90%) dokonanych przez zdeprawowanych księży na dzieciach nosiła również znamiona czynów homoseksualnych. Inne dane pokazują, że prawdziwy upadek w kwestii pedofilii przyniosła Kościołowi rewolucja seksualna i rozkwit liberalizmu. W całej sprawie jednak nie chodzi o obiektywizm, ale o szukanie kozła ofiarnego.

Największym jednak sprzymierzeńcem liberalizmu w walce z Kościołem jest wulgaryzacja kultury, w tym nachalne epatowanie najmłodszych scenami seksu i przemocy przez media oraz wynalezione przez liberałów „antidotum”, które miałoby rzekomo przeciwdziałać tej truciznie, a więc pornograficzna edukacja seksualna. Efekt takiego oddziaływania na młode pokolenia widać było na sobotniej paradzie równości: dziesiątki tysięcy młodocianych zwolenników promocji nienormatywnych zachowań seksualnych. Za motto tej imprezy można uznać wypowiedź młodocianego wymalowanego i ubranego w sukienkę osobnika o nieokreślonej płci, którą, trzeba to przyznać, dość odważnie dał sfilmować i umieścić w Internecie: „W końcu stare k... wymrą, te głosujące na PiS, i w końcu władza w kraju trafi w ręce normalnych”. Marzenia Wilhelma Reicha ziszczają się na naszych oczach – rośnie już nowe pokolenie, które za swój etos uznaje to, co starsi uznawali dotąd za antywartość.

Efekty porażają nie tylko w skrajnych środowiskach. Wśród klasy średniej, zwłaszcza tej młodszej, następuje dalsza utrata zaufania do instytucji Kościoła, coraz częstsze akty apostazji i profanacji oraz akty przemocy wobec duchownych, uleganie alternatywnej moralności, czyli napakowanej frazesami ideologii wyuzdania, utrata szacunku do lokalnych autorytetów i... coraz bardziej zalotne spojrzenie w stronę wolnościowego, zawsze otwartego i pozytywnego europejskiego, czy zamorskiego kolonizatora.

 

cd w numerze

przycisk


Wyświetlony 970 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.