piątek, 11 październik 2019 14:10

ZAPISKI POGODNEGO KRYTYKANTA Wokół września 1939 roku (Piotr Gursztyn i inni)

Napisał

1 września tego roku przypadła 80 rocznica najazdu Rzeszy Niemieckiej na Polskę, a 17 września 80 rocznica najazdu Związku Sowieckiego na nasz kraj. Ponieważ jest to wydarzenie o dziejowych konsekwencjach dla naszego narodu, nic więc dziwnego, że do dziś toczą się dyskusje, czy można było uniknąć klęski, wybierając inną opcję w polityce zagranicznej.

Historia się nie powtarza; po prostu historycy powtarzają jedni po drugich.

Otto Bettmann

 

Jedni uważają, że należało pójść na ugodę z Rzeszą Niemiecką, są i tacy, którzy przekonują, że należało podjąć grę ze Związkiem Radzieckim (20 lat temu taki scenariusz przedstawił na łamach „Myśli Polskiej” Konrad Rękas w artykule Pakt Piłsudski-Stalin) , jednak większość historyków i publicystów stoi na stanowisku, że to co się stało, stać się musiało, a ekipa sanacyjna, wybierając „opcję francusko-brytyjską”, prowadziła jedyną możliwą politykę.

Na zagadnienie to spojrzeć można z czysto politycznej perspektywy, wychodząc z podstawowego założenia, iż naczelnym imperatywem każdej klasy rządzącej jest dążenie do samozachowania, do utwierdzenia swojego politycznego bytu, jednym słowem: do istnienia. To jest fundamentalne kryterium każdej polityki: czy dana klasa rządząca w rywalizacji z klasami rządzącymi innych państw potrafi je zwyciężyć, uzyskać nad nimi przewagę, zachować równowagę a przynajmniej przetrwać. Tymczasem polska klasa rządząca z ekipą Rydza-Śmigłego, Sławoja-Składkowskiego, Mościckiego i Becka na czele nie tylko nie zwyciężyła w rywalizacji z innymi, nie tylko nie zyskała przewagi ani nie utrzymała równowagi, ale w ogóle nie przetrwała – nastąpiła jej całkowita polityczna zagłada. Zdarzało się niejednokrotnie w historii, że dana klasa rządząca przegrywała wojnę i musiała iść na ustępstwa wobec innych państw, oddać część kontrolowanego przez siebie terytorium, ale potrafiła utrzymać się u władzy. Tutaj było inaczej: ówczesna polska klasa rządząca uległa anihilacji – część zginęła z rąk niemieckich lub sowieckich , część uległa rozproszeniu, udała się na emigrację i nigdy już do władzy nad narodem polskim nie powróciła. Musiała odejść z polityki na zawsze. Większej klęski politycznej, będącej jednocześnie klęską, by tak rzec, egzystencjalną, wyobrazić sobie nie sposób. Ergo, polityka, której klęska ta była bezpośrednim skutkiem, musiała być najgorszą z możliwych.

Polska klasa rządząca z ekipą Rydza-Śmigłego, Sławoja-Składkowskiego, Mościckiego i Becka na czele nie tylko nie zwyciężyła w rywalizacji z innymi, nie tylko nie zyskała przewagi ani nie utrzymała równowagi, ale w ogóle nie przetrwała – nastąpiła jej całkowita polityczna zagłada.

*

 Zwolennicy „opcji francusko-brytyjskiej” twierdzą niekiedy, że „wciągając Wielką Brytanię i Francję do wojny”, Józef Beck „wygrał maksimum tego, co mógł”. Kto wie, czy Beck, kiedy umierał na wygnaniu w zapyziałej rumuńskiej wiosce, gdzie zbiegł po tym, jak konkurenci pozbawili go władzy, tym sukcesem się nie pocieszał? Pytanie tylko, czy Polska jako średnio silny kraj byłaby w stanie kogokolwiek wciągnąć do wojny lub też, jak to ujął Piotr Gursztyn w swojej książce Ribbentrop-Beck. Czy pakt Polska-Niemcy był możliwy? (Poznań-Wrocław 2018), „wywołać zbawienny dla nas powszechny konflikt narodów?”. Otóż jest to tak samo śmieszne jak stwierdzenie, że w 1914 roku Serbia wciągnęła Francję, Rosję i Anglię do wojny albo „wywołała powszechny konflikt narodów”. Zdarzają się i tacy, którzy przytaczają radę, jaką Piłsudski miał rzekomo dać pod koniec życia swoim następcom: „Balansujcie dopóki się da, a jak już się nie da, podpalcie świat”. Trudno o bardziej jaskrawy przykład megalomanii – nieważne czy Piłsudskiego, czy tych, co go z aprobatą cytują . Żeby „podpalić świat”, trzeba być potęgą światową, inni mogą sobie jedynie o „podpalaniu świata” pomarzyć.

*

 Zwolennicy tezy, że polityka ekipy przedwrześniowej była jedyną możliwą, a tym samym najlepszą z możliwych, dostali w zeszłym roku wsparcie w postaci wspomnianej wyżej książki Piotra Gursztyna. Zanim poświęcę jej trochę uwagi, pragnę zwrócić uwagę na to, że spór o wybór opcji (geo)politycznej w 1939 roku jest sporem różnych historii alternatywnych czy też, jak chcą niektórzy, historii „gdybanych” lub „niebyłych”. Bowiem także reprezentanci „opcji francusko-brytyjskiej” muszą odwołać się do historii niebyłej, ponieważ, żeby udowodnić, iż polityka Śmigłego-Rydza i jego kolegów była słuszna, muszą przedstawić alternatywny scenariusz, tzn. pokazać, że gdyby sanacja wybrała czy to „opcję niemiecką”, czy to „opcję rosyjską”, to rezultat byłby gorszy niż to, co zdarzyło się w rzeczywistości.

 O tym, że żaden historyk nie może uciec od historii niebyłej, wykazał niemiecki historyk Alexander Demandt w książce Historia niebyła. Co by było, gdyby…? (przeł. Maria Skalska, Warszawa 1999), który zajął się nią od strony teoretyczno-filozoficznej. Pisze: „Historycy podkreślają niedopuszczalność pytań w rodzaju «co by się stało, gdyby...» zwłaszcza wtedy, gdy sami dotrą do punktu, w którym już dłużej nie mogą ich unikać, gdy właśnie na takie pytanie odpowiedzieli albo chcą odpowiedzieć (…). Uprawiający historię cały czas odwołują się do nieurzeczywistnionych możliwości, nawet wówczas, gdy deklarują niechęć do historii niebyłej. Fakt, że w literaturze historycznej nie zawsze wyraźnie ujawniają się zakładane alternatywne rozwiązania, należy do tych drobnych nieuczciwości, bez których także rzemiosła historyka praktycznie nie da się uprawiać z zyskiem”.

 Ostateczny wniosek Demandta brzmi: bez odpowiedzi na pytanie „co by się stało, gdyby...” nie jesteśmy w stanie: wydać sądów wartościujących, oszacować prawdopodobieństwa realizacji różnych możliwości, zrozumieć motywów decyzji i dokonywanych wyborów, przejrzeć powiązań i zależności, przeniknąć rzeczywistych tj. istotnych zależności przyczynowo-skutkowych. Rozpatrywanie zdarzeń, do których w historii nie doszło, jest, mimo zrozumiałych wątpliwości i trudności, konieczne, możliwe i pouczające ze względu na poznanie historii realnej; historia niebyła pozwala pod innym kątem spojrzeć na historię realną, rzuca na nią światło, poszerza krąg spraw, nad którymi się zastanawiamy.

            Historia niebyła ma zatem sens jako narzędzie poznawcze przydatne do badania historii realnej. Dzięki niej na powierzchnię wychodzą fakty znane wprawdzie, ale rzadko wspominane lub w ogóle przemilczane, ponieważ nie pasują do historycznych legend. Na przykład zwolennicy „opcji niemieckiej” przypomnieli szereg faktów i aspektów współpracy Polski i Niemiec w latach 1934-1938, owych „pięciu miodowych lat” (Janusz Choiński) w stosunkach polsko-niemieckich. Ich wyeksponowanie służy oczywiście temu, aby zwiększyć prawdopodobieństwo zaistnienia w 1939 roku alternatywnej „opcji niemieckiej”.

Przeciwnicy „opcji niemieckiej” często sięgają po taki wizerunek dyktatora Niemiec, który trudno do niej dopasować – niemożliwe jest wszak porozumienie z awanturnikiem, człowiekiem nieobliczalnym, szalonym, niezrównoważonym, „gryzącym dywany” podczas napadów furii, niemal psychopatą opętanym żądzą wojny i podboju, kierującym się kaprysami i ideologicznymi obsesjami (nasuwa się porównanie z obrazem Saddama Husajna, Kim Dzong Una czy Donalda Trumpa). Jednakże zwolennicy „opcji niemieckiej”, aby ich skontrować, mogą posłużyć się innym, o wiele lepiej pasującym do ich koncepcji, wizerunkiem wodza Trzeciej Rzeszy, na przykład zarysowanym w klasycznej pozycji Alana Bullocka Hitler. Studium tyranii (przeł. T. Evert, Warszawa 2000, I wyd. oryg.1952). Brytyjski historyk widzi w Hitlerze z jednej strony fanatyka, ale z drugiej polityka „cynicznego i wnikliwego”. Zdaniem Bullocka „jego poglądy w każdej dziedzinie, prócz polityki, były dogmatyczne i nietolerancyjne”, czyli w dziedzinie polityki miał poglądy „niedogmatyczne” i „tolerancyjne”, („tolerancyjne” rozumieć należy w tym kontekście jako „elastyczne”) . Świadectwem jest np. to, że „dopóki jego polityka wymagała utrzymywania dobrych stosunków z Polską, nie interesował się prawie wcale sytuacją mniejszości niemieckiej w tym kraju” . Bullock cytuje też opinię Hjalmara Schachta o Hitlerze: „wszystko w nim było czynnikiem zimnej kalkulacji”.

            Inny brytyjski historyk John Keegan stwierdził, że „prawie we wszystkim, wyjąwszy antysemityzm, Hitler był stuprocentowym pragmatykiem” (zob. Keegan, Barbarrosa: Invasion of Russia 1941, London 1971, s. 29). Według Patricka Buchanana (zob. Buchanan, Churchill, Hitler i niepotrzebna wojna, Warszawa 2013, s.338) Hitler, podobnie jak Lenin i Stalin, podporządkowywał ideologię racji stanu. Z kolei niemiecki historyk Erwin Faul w książce Der moderne Machiavellismus (Köln 1961) przedstawił Hitlera jako „nad-makiawelistę”, chłodnego manipulatora, który z jednej strony daje się nieść impulsom mas, ale jednocześnie impulsy te inscenizuje, robiąc to z techniczną roztropnością i zimnym wyrachowaniem. O Mein Kampf pisze Faul, że jest to „jedna z najbardziej cynicznych książek, jakie kiedykolwiek napisano”: „Nigdy nie są tam wyróżniane, idee i cele jako takie, zawsze rozpatrywane są pod kątem ich propagandowej użyteczności”. Hitler bada, jaka jest ich sugestywna siła oddziaływania na ludzi, czy wywołają namiętności mas, czy też nie. Nawet najlepsza idea nie jest dlań celem sama w sobie, ale tylko „środkiem” i „instrumentem walki”; wszystko, także wybór grup elektoratu, następuje pod kątem wzmocnienie siły ruchu i użyteczności w walce politycznej. Faul cytuje m.in. opinię Hermanna Rauschninga, widzącego w Hitlerze zimnego technika władzy, którego cechował „lodowaty brak uprzedzeń” (Vorurteillosigkeit). Znany historyk niemiecki Hans Buchheim, autor takich klasycznych pozycji jak Totalitäre Herrschaft. Wesen und Merkmale oraz Anatomie des SS-Staates przeciwstawiał Hitlera generałowi Ludendorffowi, którego ocenia jako „antykościelnego dogmatyka” obsesyjnie dążącego do realizacji pewnych celów ideologicznych. Natomiast o przewodniczącym partii narodowosocjalistycznej pisze Buchheim : „Dla Hitlera zasadniczym motywem wszelkiej polityki było dążenie do władzy, któremu wszystko inne miało się podporządkować jako służebne albo musiało ustąpić w chwili, kiedy zamiast pożytku przynosiło szkodę. Hitler żadnej ideologii, także volkistowskiej nie brał poważnie, lecz ją instrumentalizował i używał wyłącznie taktycznie” (cyt. za: Claus Wolfschlag, Hitlers rechte Gegner Gedanken zum nationalistischen Widerstand, Engerda 1995, s.161).

 Całkowity oportunizm cechował, zdaniem Bullocka, poglądy Hitlera w kwestiach gospodarczych. Kiedy w trakcie rozmowy z prezesem NSDAP, którą odbył w 1930 roku, Otto Strasser zapytał go, co zrobiłby z zakładami Kruppa, gdyby doszedł do władzy, Hitler odpowiedział: „Oczywiście zostawiłbym je w spokoju. Uważa mnie pan za wariata, który mógłby zniszczyć gospodarkę niemiecką? Tylko wtedy, gdyby ci ludzie zaczęli działać na przekór interesom narodowym, państwo by się wtrąciło”. Kiedy Strasser dopytywał się o realizację koncepcji autarkii Niemiec, Hitler tłumaczył mu, że długo nie będzie to możliwe ze względu na powiązania światowej gospodarki i zbyt szczupłą bazę surowcową Niemiec. W innym miejscu Bullock pisze: „Obaj Strasserowie nie podzielali cynicznego lekceważenia, jakie Hitler przejawiał dla każdego programu, jeżeli nie był środkiem do zdobycia władzy”.

 6 lipca 1933 roku nowy kanclerz Rzeszy Niemieckiej powiedział do namiestników Rzeszy, zgromadzonych w Kancelarii Rzeszy: „Rewolucja nie jest permanentnym stanem rzeczy i nie można pozwolić, aby przyjęła taką postać. Wyzwolony ruch rewolucji musi być skierowany w bezpieczny kanał ewolucji (…). Założenia programowe nie powinny nas zmuszać do tego, abyśmy postępowali jak szaleńcy i przewracali wszystko do góry nogami, lecz do realizowania naszej linii myślowej mądrze i rozważnie”. Bullock cytuje też jego wypowiedź po krwawej rozprawie z opozycją Röhma, kiedy mówił o rewolucjonistach, którzy popierali rewolucję dla niej samej i chcieli w niej widzieć permanentny stan”. Wódz oświadczył stanowczo: „Dla nas rewolucja nie jest czymś stałym. (…) Taka rzecz, jak rewolucja, nie może trwać w nieskończoność”.

 Powyższe deklaracje można interpretować jako świadectwo pragmatyzmu w polityce wewnętrznej, a przecież w polityce wewnętrznej władza, choć podlega rozmaitym ograniczeniom, ma znaczącą przewagę nad innymi ośrodkami siły, instytucjami i organizacjami, toteż w większym zakresie może postępować „irracjonalnie” i realizować swoje „utopijne” idee. Inaczej rzecz się ma w polityce zagranicznej; tutaj elita polityczna danego państwa musi konfrontować się z elitami innych mocarstw, albo silniejszymi od siebie, albo równorzędnymi, czy w końcu ze słabszymi, ale tworzącymi razem silną koalicję. W tej dziedzinie siła natrafia na inną siłę, akcja wywołuje reakcję, nacisk napotyka na opór, zmuszający do o wiele bardziej racjonalnej kalkulacji i większego pragmatyzmu. Zwolennicy „opcji niemieckiej” powinni przeto dla uzasadnienia swojej alternatywnej koncepcji posługiwać się tym obrazem wodza Trzeciej Rzeszy, jaki rysują cytowani wyżej autorzy.

 

cd w numerze

przycisk

Wyświetlony 322 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.